Łona
Łona i Webber - Kaloryfer
Do dziś trudno tak na wstępie orzec,
ale żyłem z myślą, że jest jakoś późny sierpień, może
wczesny wrzesień, ale mimo wszystko lato w pełni,
a tu jesień mi gruchnęła przez grzejnik.
Taki wyrok bez sądu, bez prokuratorów.
Następna jesień, strach pomyśleć która to już,
bez zapowiedzi, bez jednego słowa wcześniej
szczecińskie ciepłownictwo mnie doświadczyło tak boleśnie.
Tli się, ale już gaśnie płomyk dla mnie
i tak strasznie boli, że czas mnie goni nieustannie.To jest poważniejszy, niż mogłoby się wydawać, numer o tym, że czas nieubłaganie upływa, a my nie możemy się z tym pogodzić. Szczęśliwie Łona nie brnie w niestrawny filozoficzny dyskurs. Rzecz wykłada po swojemu. Sięga więc, jak to wcześniej miewał w zwyczaju, po prozaiczny element otoczenia – grzejnik, raptem parę chudych żeberek, przez które w chłodniejsze dni przepływa ukrop. Nadaje mu moc sprawczą, przypisuje rolę surowego sędziego, krążąc wersami wokół przedmiotu, prawi o rzeczach elementarnych tudzież o przemijaniu. Oczywiście robi to na okrągło, komplikując sobie język, żeby pewne rzeczy powiedzieć w niedzisiejszy sposób, z rzadka słyszanymi słowami, po literacku, ale z wdziękiem. To musi zapewniać odrobinę komizmu, tyle że śmiesznie nie jest. Wraz z nadejściem kolejnej jesieni w życiu szczecinianina słuchaczowi też robi się chłodniej. Zwłaszcza, że beat grzeje tylko troszeczkę tą swoją mikromelodią, ładną elektroniką Webbera, kojarzącą się z tym, co robili Noon czy Emade. Dopiero teledysk realizujący przekorną myśl, żeby o kaloryferze nawinąć w skansenie, wzbogacony aluzjami do poprzednich dokonań Łony, pozwala odetchnąć.