Pezet
Statera
[Zwrotka 1: Włodi]
Stawiam na bity jakich sytuacja wymaga
Za dekadą dekada, płonę i litery składam
Równowaga, skręt mi w tym pomaga
Gra ohydnie śmieszna jest jak buty balenciaga
Wsiadam do czarnego vana, mamy w planach klip i epkę
Mamy znacznie więcej, podnoszę poprzeczkę
Dopóki ktoś przy mnie musi czuć się bezpiecznie
Moja ekipa - choć nieliczna, to zacna
Moja muzyka - choć uliczna, to światła
Moja używka tak potocznie to trawka
Ksywka to marka, broń - kartka i sarkazm
Wciąż wracam, by wyjechać
Gdy chadzam po ulicach, wciąż żel mam w podeszwach
Wciąż z tytoniem nie mieszam
Wciąż wzmacniam się duchowo, pisząc o przyziemnych rzeczach

[Zwrotka 2: Pezet]
Przecież tyle już zrobiłem, żeby było lepiej
Wciąż nie znalazłem czegoś, co by było lekiem
Jestem tylko człowiekiem i wciąż szukam drogi
Na pewno nie jest nią ta scena, ani forsa, ani samochody
Chciałem mieć samą słodycz w życiu i sam ją zdobyć
Ale smak ma całkiem gorzki, tak jak pokruszone proszki
Zaczerpnąć życia jak źródlanej wody - pełną garścią
Wciąż o tym myślę, kiedy ciężko jest mi zasnąć
I mylą mnie z gwiazdą... to chyba przez to miasto
Wciąż nie zdobyłem jeszcze tego, co ma wartość
Więc, póki żyję, może Boże dasz mi jeszcze szanse?
Oczy otwarte, chcę stoczyć jeszcze jedną walkę
Choć gra jest śmieszna, coś jak groteska
Biorę długopis i przelewam to na kartkę znów
Bo, tam gdzie mieszkam, bliscy chcą mego szczęścia
I czeka na mnie córeczka, a nie wódeczka, ani żaden rum