Opał
Przedrzeź Skit
Stoję... na nowo, lampa oświetla tylko blaty ze stali nierdzewnej
Widzę... smukłe, młode, blade jak księżyc zawieszone w czasie
Jakby... czekające, czuję... opór pod dłonią przeciągając ostre narzędzie wzdłuż brzucha i torsu
Rozdzielające płat skóry, niczym otwierająca się książka, kałuża krwi przybiera na rozmiarze
Przez nieustane dostawy nowych kropel płynących znad stołu... kap, kap, kap
Dreszcze łaskoczą plecy, teraz już wiem, co jest w środku, rozciąłem pokrywę kłamstwa i obłudy
Tam, wewnątrz, już nie jest taka piękna, dwunastnica otula trzustkę, a gdzieś obok w płynach trawiennych
Tańczy przypadkiem zranione jelito kręte, przyznam, że wygląda to ohydnie, wręcz zbiera mi się na wymioty
Ale jednocześnie jakbym czuł... podniecenie? Nieee nie bójcie się nie jestem jednym z tych zwyroli
Bezczeszczących śmierć tylko po to, żeby ulżyć sobie, wykorzystując truchło, ale jest coś, co muszę zrobić
Wkładam dłonie w rozciętą ranę, między żołądek, rozciągając kanał przełyku i wyrostek robaczkowy... i szarpie
Z całych sił, rozrywając błony, mięśnie zrośnięte z organami, nie jest to łatwe, wszystko jest takie... obślizgłe
Mam niemal wrażenie jakby bały się mnie, uciekając spod dłoni organy zwisające, a jednak udało mi się
Krzyki ustały, wiem... nie wspominałem wcześniej o krzykach... nie chciałem was martwić
Życie jest kruche, a ja zbierając je, staje się silniejszy